6.12.15

24. i Śmierć

Wygląda tak niewinnie kiedy śpi.
Tak spokojnie. Jakby to nie on był tym, który jeszcze dziś zamordował Anthony'ego i Melinę.
A może to było wczoraj?
Odgarniam mu z twarzy kosmyk płomiennych włosów czując dziwne ukłucie w żołądku. To tylko dzieciak. Niewiele młodszy ode mnie, ale ze swoimi głupimi dowcipami, zachowaniem, upodobaniami... to tylko dzieciak.
Przypominam sobie straszny wyraz oczu Neera, gdy jego sztylet zatopił się w piersi Meliny. Bez wahania zabiłby i mnie gdybym nie obudziła go z transu.
Jak mogę mu ufać?
Nie ufam.
Wtedy zdaję sobie sprawę z mojego trzęsącego się ciała i krwi na moim lewym rękawie. Przypominam sobie martwe oczy Verelici.
Robi mi się niedobrze i zwijam się w klębek starając się o tym nie myśleć.
Zabiłam kogoś.
Tylko tak można tu przetrwać.
Wzdycham cicho i patrzę w niebo, w oczekiwaniu na informacje kto dzisiaj zginął. Mrugam, usilnie starając się przegnać łzy z oczy.
Jakim cudem Leo może mi teraz ufać. Spać, z głową opartą o moją nogę.
Znów przypomina mi się moment, gdy mnie uratował, zabijając Melinę i Anthonego. Czy on czuł to samo, co ja, gdy raz za razem wbijałam sztylet w Verelicę? Tą samą wściekłość na to, co musimy przeżywać, jaką cenę płacić za to, kim jesteśmy?
Zastanawiam się, czy to jest właśnie powód, dla którego jest tak spokojny.
Rozumie mnie.
Ale co ze mną?
Czy komukolwiek jestem wstanie zaufać? Kiedykolwiek? Zaciskam usta i w absolutnej ciszy obserwuję twarze pojawiające się na niebie. Oprócz rodzeństwa Bern i Verelici zginęła dziś jeszcze Corless Bunnington, którą zapamiętałam głównie z jej popisów w podnoszeniu ciężarów, które nie stanowiły dla niej wyzwania z powodu ulepszonych mięśni.
Dziesiątka.
Została nas tylko połowa.
Panika ściska mi gardło. Znów widzę przepaść. Jeden krok dzieli mnie od upadku w niekończący się mrok.
Tik-Tak.
Tik-Tak.
Czas ucieka.
Zaciskam pięści i uspokajam oddech. Unoszę delikatnie głowę śpiącego Leo i kładę ją na ziemi, wstając, wolna od ciężaru.
Coraz mniej trybutów. Coraz bliżej końca. Coraz bardziej się boję.
Patrzę na dziurę w drzewie, w którym schowaliśmy zapasy, starając się myśleć o czymkolwiek innym, byle nie o... tym.
Mam ochotę uciekać. Biec przed siebie aż będę wolna od wszelkich trosk.
Potrzebuję czegoś, żeby zasłonić otwór, powinno coś tu być.
Rozglądam się, aż dostrzegam spory kamień kilka kroków ode mnie, po lewej. Jak mogłam wcześniej go nie dostrzec? Podchodzę do niego i podnoszę z niemałym wysiłkiem. Jest tak ciężki na jakiego wygląda i odskakuję z zaskoczonym piskiem, gdy widzę jak ucieka spod niego niewielki wąż. Dobrze, że skała nie spadła mi na palce. Zerkam przez ramię na Leo, który nadal śpi.
Biorę głęboki wdech i wydech. Wszystko jest w porządku.
Wzdycham i znowu podnoszę kamień, niezwłocznie ruszając do drzewa. Problem pojawia się, gdy usiłuję przejść nad śpiącym Leo, który rozwalił się na ziemi blokując mi przejście.
Czuję jak gardło znów mi się ściska a oddech staje się niemal spazmatyczny.
Tylko dziesiątka.
Kamień ciąży mi straszliwie w rękach.
Zerkam w dół, na śpiącego chłopaka, znów myśląc o tym co zrobił. Walczy naprawdę dobrze, czy będę wstanie go zabić, gdy przyjdzie czas?
To nie był dobry pomysł.
On jest niebezpieczny.
W każdej chwili może poderżnąć mi gardło.
Ten rozejm był błędem.
Czy dasz radę go pokonać? Pyta ponownie cichy głos w mojej głowie.
Odpowiedź jest prosta: Nie. Mam przed sobą prawdopodobnego zwycięzce.
Ale zwycięzca może być tylko jeden.
I to muszę być ja.
Czy dasz radę go zabić? Nie chcę odpowiadać.
Widzę przepaść, słyszę wołające mnie głosy.
Czy jesteś dość silna?
Nie czuję rąk, zesztywniałych od trzymania kamienia.
Stoję tuż nad głębią bez dna.
Tylko jeden krok.
Cienie wychodzą spośród drzew, otaczają mnie, próbują mnie dotknąć.
Tak mało brakuje.
Jestem poza ich zasięgiem. Cieniutka granica dzieli mnie od upadku.
Muszę zwyciężyć.
Mam przed oczyma pogardliwe spojrzenie Snowa.
Jesteś słaba.
Unoszę kamień.
Słaba?
Ciskam nim z całą siłą i nienawiścią jaką żywię do tego miejsca i siebie. I patrzę
Leci w dół. Jakby od lądowania dzieliły go wieki. Do śmierci.
Słyszę ich radosny śmiech.
Naglę orientuję się, że biegnę.
Daję się ponieść nogom i uciekam.
Bez żalu.
Gałęzie chłoszczą moją twarz i ręce gdy przedzieram się przez gęstwinę.
Bez łez.
Uciekam. Przed Nimi. I samą sobą.
Słyszę huk armaty.
Dziewięć.

If there were two guys on the moon
 and one killed the other with a rock
 would that be fucked up or what.
Stary, głupi rozdział. Ale znalazłam i zrobiłam co mogę, to cóż, smacznego??

Obserwatorzy